Być kobietą

Czym jest kobiecość? Intuicyjnie przeczuwamy, że nie wystarczy kod XX czy tajemnicza mikstura estrogenów w odpowiednich proporcjach. Wdzięk i opiekuńczość okazują się niekonieczne i niewystarczające.

Dekonstrukcja kobiecości dokonywana przez ruch feministyczny obejmuje już nie tylko społecznie narzucane role i wzorce, ale także pojęcie płci biologicznej, którego jednoznaczność podważa współczesna wiedza medyczna.

Skoro jednak (wielo)wymiarowość płci w każdym aspekcie okazuje się mieć charakter ciągły, a odrzucanie społecznych schematów stanowi fundament już nie kontrkulturowych peryferiów, ale samego rdzenia feminizmu, to czy istnieje jeszcze kobieta, o którą ruch feministyczny miałby zadbać?

Jedno jest pewne: bez kobiet feminizm nie ma racji bytu. Przyjmując szerszą perspektywę warto zauważyć, że omawiany problem pojęciowy nie pozostaje odosobniony wobec ponowoczesnego kryzysu kultury zachodniej, zbudowanej na bogatych, lecz ograniczonych konstruktach językowych.

Jak wiadomo, główną funkcję języka stanowi komunikacja. Mając świadomość społecznego charakteru złożonego procesu, jakim jest przyswajanie jakiegokolwiek kodu porozumiewania się, trudno wyobrazić sobie istnienie pojęć w hipotetycznie izolowanym umyśle.

Alternatywą dla prostego definiowania płci może być pojmowanie jej w kategoriach relacyjnych. Zarówno język, jak i osobowość, stanowią żywe, dynamiczne struktury, których nie sposób rozpatrywać bez określonego kontekstu.

Aby zrozumieć dane zjawisko kluczowe wydaje się zgłębienie jego genezy. Powstanie płci z biologicznego punktu widzenia jest nierozerwalnie związane z rozmnażaniem. Warto mieć jednak na uwadze, że mowa tu o pierwotnym różnicowaniu cechy, której dychotomia jest zrozumiała z tej perspektywy. Roboczo można by przyjąć w tym kontekście termin płci funkcjonalnej. Takie ujęcie nie uwzględnia różnorodności wynikającej z losowych procesów. To właśnie to bogactwo rozmaitych kombinacji występujące w naturze stanowi podstawę rozumienia płci biologicznej jako zjawiska wielowymiarowego.

Rozkwit nauk ścisłych wiązał się nie tylko z wnikliwymi obserwacjami przyrody, ale także z koniecznością wypracowania określonego aparatu pojęciowego. Podobna potrzeba, choć zaspokajana mniej systematycznie i skrupulatnie, dotyczy każdego użytkownika języka. Nadawanie etykietek to nieodłączny element poznawania świata.

Skoro nauka posługuje się językiem jako jednym z głównych narzędzi opisu rzeczywistości, a język stanowi element kultury, to sama nauka nie pozostaje wolna od kulturowego wpływu. Do takich wniosków doszła Judith Butler w swoich rozważaniach nad arbitralnością wyboru rozpatrywanych aspektów płci. Na czym jednak polega wspomniany wpływ kultury na naukę, a co za tym idzie, rozumienie otaczającego nas świata?

Psychologia pokazuje, że nasze postrzeganie rzeczywistości nie jest jedynie biernym mechanizmem odbierania i przetwarzania bodźców. Angażujemy w ten proces nasze oczekiwania. Podobnie możemy założyć, że nasze potrzeby i wartości, emocje i motywacje wplatamy, często bezwiednie, w snutą przez nas opowieść o życiu.

Chociaż język stanowi niedoskonały sposób opisu rzeczywistości, to uwalnia umysł z okowów bezpośrednich doświadczeń, wyzwalając w człowieku, na podobieństwo reakcji łańcuchowej, ponadpokoleniowy twórczy potencjał. Nadawanie znaczenia istniejącym obiektom przyrody poprzez ich nazywanie stanowi istotę myślenia werbalnego, bez którego trudno sobie wyobrazić ukształtowanie specyficznie ludzkiego rozumu.

Wyodrębnienie się indywidualnej tożsamości stanowi z kolei kluczowy element rozwoju podmiotowości, którą można uznać za aspekt definiujący pojęcie osoby. Można założyć, że to właśnie dlatego potrzeby wolności osobistej czy godności rozumianej zgodnie z przyjętym systemem wartości okazują się często nie mniej istotne niż potrzeby zabezpieczenia zdrowia czy życia.

Sposób definiowania, a co za tym idzie, rozumienia świata, określa tożsamość człowieka, z drugiej zaś strony podmiotowa tożsamość jest zdolna definiować otaczającą rzeczywistość. Możliwość określania własnej tożsamości oznacza więc wolność kształtowania siebie.

Wedle wszelkich przesłanek język stanowi ramy i materiał twórczy nie tylko dla całego systemu społecznego, wraz z jego różnorodnymi formami komunikacji, rozbudowanym prawem i kodem kulturowym, ale także dla abstrakcyjnego myślenia, wskazywanego jako jedna z cech określających człowieczeństwo. Czy istnieje wobec tego alternatywa dla indywidualistycznego i językowego ujmowania rzeczywistości?

Być może religie i filozofie wschodnie, z ich praktyczną duchowością i tradycyjnym kolektywizmem, stanowią dla Europejczyków coś więcej niż orientalną ciekawostkę. Może wykraczanie poza werbalny opis rzeczywistości, poza jednostkowe rozumienie osobowości, okazuje się intuicyjnie poszukiwanym uzupełnieniem rodzimych wartości? Czy te nurty stanowią dla zachodniego feminizmu inspirację, a może ruch współczesnych emancypantek wypracowuje równolegle własne analogiczne strategie?

Medytacja jako praktyka duchowa ma wyzwolić człowieka z okowów cielesności. Okazuje się jednak, że ciało, inaczej niż w przypadku ortodoksyjnych tradycji judeochrześcijańskich, stanowić może raczej bramę niż przeszkodę na drodze ku oświeceniu. Osadzenie uwagi tu i teraz, koncentracja na oddechu czy specyficzne zestawy ćwiczeń, wskazują na potrzebę ujęcia własnej przestrzeni fizycznej w kontekście większej całości.

Ciałopozytywność, jako ruch nierozerwalnie związany z feminizmem, zrywa z definiowaniem siebie przez pryzmat fizyczności. Dokonuje tego jednak nie przez odrzucenie cielesności, ale przez jej afirmację w najbardziej osobistym i realnym wymiarze. Przyjęcie szerszego kontekstu polega w tym przypadku na zrozumieniu i akceptacji różnorodności.

Kultura kolektywistyczna rozwija modele wychowania i wzorce interakcji wokół nadrzędnej koncepcji jaką jest społeczeństwo, nie zaś jednostka, będąca osią ideową systemów indywidualistycznych. Prywatne ambicje okazują się w tym kontekście o tyle sensowne, o ile ich realizacja staje się przydatna społeczności.

Siostrzaństwo nie bez powodu jest sztandarowym hasłem feminizmu. Wypracowanie grupowej solidarności w ruchach przeciwdziałających dyskryminacji staje się niejako koniecznością. Współpraca ponad podziałami oznacza także inkluzywność dla mniejszości seksualnych i etnicznych.

Chociaż feministki bardzo silnie akcentują potrzebę indywidualizmu, a afirmacja cielesności i seksualności niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z rozwojem duchowym, który w większości wierzeń przybiera jakąś formę ascezy, to zza wszystkich tych poglądów i postaw wyłania się wspólne tło – holistyczne ujęcie człowieka, uwikłanego w szeroko rozumiany kontekst środowiskowy.

Perspektywa ta wydaje się szczególnie aktualna wobec licznych wyzwań ekologicznych i groźby katastrofy klimatycznej o globalnym zasięgu. Jasne okazują się związki działań prokobiecych z postulatami na rzecz ochrony środowiska – warunkują one ideologiczną spójność społecznego aktywizmu.

Podsumowując powyższe rozważania można podjąć próbę odpowiedzi na pytanie rozpoczynające ten wpis. Kobiecość jest tym, za pomocą czego kobieta określa swoją rolę w kontekście społecznym. Zaletą tego uproszczonego stwierdzenia jest wskazanie na podmiotowość kobiet, która stanowi istotę całego ruchu feministycznego.

Pułapki feminizmu

Światowy Dzień Feministek to nie tylko sposobność do uczczenia kobiet walczących o równouprawnienie, ale także okazja do refleksji. Czy współczesny feminizm zmierza we właściwym kierunku?

Męski kobiecy świat

Kobieta jest silna. Kobieta może walczyć. Okres to nie problem. Macierzyństwo nie wyklucza kariery zawodowej.

Tego typu stwierdzenia mają na celu otwarcie kobietom drzwi, które przez wiele pokoleń były dla nich zamknięte. Warto mieć jednak świadomość, że pod tymi drzwiami kryje się próg, o który bardzo łatwo się potknąć.

Nie sposób zaprzeczyć, że wspomniana narracja toruje drogę kobietom, które znajdują swoje miejsce w służbach mundurowych, sporcie czy biznesie. Skoro są w stanie sprostać określonym wymaganiom, powinny mieć możliwość realizowania swoich ambicji.

Indywidualne sukcesy kobiet, których predyspozycje umożliwiają im wybór tradycyjnie męskich ścieżek rozwoju, nie powinny jednak przesłaniać brutalnych faktów.

Kobieta jest słabsza od mężczyzny. Standardy w sporcie są odmienne dla kobiet i mężczyzn.

Fizyczna konfrontacja z mężczyzną jest dla kobiety potencjalnie niebezpieczna. To mężczyźni są w większości sprawcami przemocy.

Comiesięczne krwawienie może osłabiać zarówno w sensie fizycznym, jak i psychicznym. Dla wielu kobiet okres to nie tylko regularna uciążliwość, ale także bolesne doświadczenie.

Ciąża, poród i macierzyństwo stanowią ogromne obciążenie, zwiększając podatność na różnego rodzaju zagrożenia zdrowia. Chociaż nie wszystkie kobiety decydują się na założenie rodziny, to jednak dla wielu ludzi jest to ważna sfera życia osobistego. W szerszym kontekście rodzicielstwo zapewnia ciągłość i spójność życia społecznego.

Zaprzeczanie tym powszechnie znanym i ugruntowanym naukowo faktom nie pomaga kobietom. Wręcz przeciwnie.

Najprawdopodobniej to właśnie te fakty umożliwiły uformowanie się patriarchatu i licznych patologii społecznych powstałych na jego gruncie. Wykorzystywanie kobiet było zawsze możliwe właśnie z tych powodów, którym obecnie niejednokrotnie próbuje się zaprzeczać. Podważanie realnych problemów dotyczących kobiecej natury jest zatem podważaniem przyczyn istnienia męskiej dominacji i utrudnia, a czasem uniemożliwia walkę z opresją wobec kobiet.

Feminizm to w swojej fundamentalnej odsłonie ochrona osób szczególnie narażonych na krzywdę. Obrona słabszych przed silniejszymi nie może polegać na staniu z boku i dopingowaniu. Aby wygrać tę walkę trzeba przede wszystkim uświadomić sobie naturę problemu.

O ile korzenie męskiej dominacji wyrastają wprost z nieetycznego wykorzystania naturalnej przewagi podyktowanej płcią biologiczną, o tyle jej trujące owoce stanowią liczne szkodliwe stereotypy powielane w ramach płci kulturowej.

Współczesna kobieta, pragnąc realizować swoją podmiotowość, nierzadko uznaje za konieczne prezentowanie cech i zachowań tradycyjnie uważanych za męskie. Biologicznie będąc kobietą, kulturowo staje się mężczyzną, bo to mężczyzna funkcjonuje jako podmiot w społecznej świadomości. Uwaga ta nie ma na celu krytyki indywidualnych wyborów, ma jedynie za zadanie ukazanie pewnych mechanizmów stojących za powszechnie powielaną narracją.

Walcząc o uznanie potencjału biologicznej kobiety stawia się na piedestale kulturowego mężczyznę. Możesz być indywidualistką, możesz nosić spodnie, możesz być przebojowa i agresywna, nie musisz mieć dzieci, nie musisz być grzeczna. To prawda, że zerwanie ze stereotypem tradycyjnej kobiety daje nowe możliwości. Kobiety potrzebują wiary w siebie i otrząśnięcia się ze schematów narzucanych im przez konserwatystów. Powstaje jednak pewien problem.

Co z kulturową kobietą? Czy cechy tradycyjnie uważane za kobiece są po prostu gorsze? Co z delikatnością, opiekuńczością, taktem, ugodowością? W teorii feminizm daje każdej i każdemu wybór i możliwość realizacji własnego, indywidualnego potencjału. W praktyce często spotykamy się z wyścigiem szczurów, wyścigiem o samorealizację, w którym kobieta z trudem dogania mężczyznę.

Ta przewaga męskiego nad kobiecym w pojmowaniu ludzkiej podmiotowości paradoksalnie widoczna była już dawno temu w Kościele, konsekwentnie przez wieki uskuteczniającym patriarchat.

Jak pisze prof. Józef Majewski:

„Kobiety, pomimo swojego niedoskonałego, słabego, podatnego na pokusy i grzesznego ciała, czyli mimo swojej „płci biologicznej” (ang. sex), która w głównej mierze winna była tego, że są one istotami gorszymi od mężczyzn, wyjątkowo mogły wieść życie autentycznie duchowe i doskonałe, mogły dążyć do świętości i zbawienia, jeśli przeistaczały się w mężczyzn. Jeśli potrafiły transcendować kulturowo swoją płeć biologiczną, a zatem o ile na męski wzorzec kształtowały swoją „płeć kulturową” (ang. gender), przyjmowały i realizowały męski styl życia.”

(źródło: http://wiez.com.pl/2019/05/28/plec-kaplanstwa/?fbclid=IwAR15X0Z9dhkk36Q3ChzSalHRGnuQZvn6Fa-tANleu2z865Mqz12DnDsG2ks)

O ile w kontekście chrześcijańskim to „przeistoczenie w mężczyznę” miało wymiar duchowy i oznaczało przede wszystkim wzniesienie się ponad swoją cielesność, o tyle w świeckiej kulturze współczesnej proces ten manifestuje się w kulcie jednostki, nierzadko przedkładaniu sukcesu zawodowego ponad wartościami rodzinnymi oraz promowaniu współzawodnictwa zamiast współpracy.

Czy dla takiego porządku istnieje alternatywa? Tak.

Bardzo ważne jest uchwycenie istoty problemu, która nie leży w motywowaniu kobiet do stawania się bardziej niezależnymi. Potrzeba uzupełnienia tej coraz częściej przyjmowanej narracji. Nie można tworzyć nowego pokolenia silnych kobiet bez wychowywania wrażliwych mężczyzn.

Możesz być wrażliwy i opiekuńczy, możesz okazywać emocje, nie musisz zawsze radzić sobie sam. Tego rodzaju komunikaty zaczynają być coraz bardziej widoczne i mogą znacząco poprawić kondycję psychiczną wielu mężczyzn, dla których tradycyjne standardy są bardzo obciążające.

Celem feminizmu nie jest zastępowanie jednego systemu opresji innym. Zadaniem feminizmu powinien być zrównoważony rozwój społeczny, umożliwiający realizację indywidualnych potrzeb i poszanowanie godności każdego człowieka.

Znikanie kobiet

Relatywnie szybko feminizm, promowany początkowo w środowiskach dobrze sytuowanych, wykształconych, heteroseksualnych, białych kobiet, został oskarżony o pomijanie nieheteronormatywności i różnorodności etnicznej. Feministki, dobrze znając doświadczenie systemowej opresji, w ponowoczesnym świecie zadbały o inkluzywność swojego ruchu. Obecnie powszechne jest w kręgach feministycznych monitorowanie szeroko rozumianych problemów społecznych, związanych z homofobią, transfobią, rasizmem czy klasizmem.

Podejmowanie tematyki mniejszości seksualnych niesie jednak dla feminizmu nowe wyzwania. Podkreślając, że transpłciowość nie jest fanaberią, ale naukowo udokumentowanym doświadczeniem wielu osób, warto zwrócić w tym kontekście uwagę na szereg trudności związanych z optymalną organizacją życia społecznego dla wszystkich jego uczestników.

Skądinąd słuszne przewartościowanie kategorii społecznych, polegające na przedkładaniu osobistej tożsamości ponad obserwowalnymi cechami w definiowaniu płci, rodzi jednak nieuchronnie szereg kontrowersji.

Skoro nie sposób już sprowadzić płci do binarnych pojęć, to wiele obszarów życia społecznego wymaga rekonstrukcji. Nie jesteśmy na to przygotowani.

Wiele problemów wynika wprost z kwestii poruszonych w poprzedniej części wpisu.

Jakie szanse na osiągnięcia w sporcie mają cispłciowe kobiety w porównaniu ze swoimi transpłciowymi rywalkami?

Czy całkowita dekonstrukcja kategorii płci biologicznej nie sprzyja nadużyciom seksualnym wobec kobiet?

Wystarczy wyobrazić sobie naruszenie bezpiecznych przestrzeni, takich jak szatnie czy toalety, jedynie na podstawie czyjejś deklaracji o kobiecej tożsamości.

Na smutną ironię zakrawa obserwacja, że tego rodzaju zagrożenia zdają się być częściej wskazywane przez konserwatystów niż feministki, broniące przecież praw kobiet.

Wydaje się zresztą, że przynajmniej część wspomnianych problemów da się stosunkowo łatwo rozwiązać. Skoro możliwe było stworzenie osobnych konkurencji sportowych dla kobiet i mężczyzn, dla osób pełnosprawnych i niepełnosprawnych, to dlaczego osoby transpłciowe miałyby koniecznie brać udział w kobiecych zawodach? Wobec wspomnianych nierówności oskarżenie o dyskryminację stanowiłoby w tym przypadku nadużycie.

Szerzej ten problem omawia Magdalena Grzyb w artykule „Przeciwko wymazywaniu kobiet”.

(https://kulturaliberalna.pl/2020/10/21/grzyb-przeciwko-rozmywaniu-kobiet/?fbclid=IwAR0Fo-ql3Bzp6zMzRO7HP1LF4UXesQLbg0FdMdF4AQazh6p9J9Ux6v4l9L0)

Rozpad i solidarność

Różnorodność nurtów feminizmu oraz wyzwań wynikających z rozwoju cywilizacji niejednokrotnie rodzi obawy o rozmywanie podstawowego założenia tego ruchu, jakim jest walka o prawa kobiet.

Chociaż samo zagadnienie praw kobiet bywa przez feministki różnie rozumiane, to rzetelna analiza problematyki społecznej pozwala na stawianie diagnoz i poszukiwanie rozwiązań.

Ostatnie wydarzenia zdają się pokazywać, że mentalność ludzi się zmienia. Akcje, takie jak #Me Too czy czarne marsze zwiększają świadomość na temat problemów kobiet.

Jednocześnie nasilona konserwatywna propaganda i restrykcyjne zmiany prawne przypominają, że nawet korzystne zmiany mogą zostać cofnięte.

Dziś wyraźniej niż kiedykolwiek widać, że feminizm wciąż jest potrzebny.

***********

Minął miesiąc od Dnia Bezpiecznej Aborcji. Tymczasem tydzień temu Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok na kobiety, niemal całkowicie zakazując aborcji w Polsce.

Przesłanki konstytucyjne

Kontekst polityczny

Tło filozoficzne

Niekonsekwencje i konsekwencje

Profanacja sacrum

Solidarność

Kalendarium

21 X Protest w przeddzień posiedzenia TK zorganizowany przez Ogólnopolski Strajk Kobiet.

22 X Orzeczenie TK pod przewodnictwem Julii Przyłębskiej zakazujące aborcji na podstawie przesłanek embriopatologicznych . Podpisanie przez rząd międzynarodowej deklaracji przeciwko aborcji (wraz z m.in. Białorusią i Arabią Saudyjską). Protest pod siedzibą TK. Marsz pod siedzibę Jarosława Kaczyńskiego. Początek zbiórki dla Aborcyjnego Dream Teamu.

23 X Demonstracje przeciwko decyzji TK odbywające się w całej Polsce.

24 X Kontynuacja protestów. Kobiety umówione na zabiegi legalnej aborcji wypisywane są ze szpitali.

25 X Masowe protesty na terenie całej Polski. Przypadki demonstracji w kościołach podczas mszy zwracają uwagę mediów.

26 X Blokady ruchu drogowego w miastach całej Polski. Zebrano okrągły milion na Aborcyjny Dream Team.

27 X Protesty posłanek w sejmie oraz studentów na uczelniach. Konferencja prasowa Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Oświadczenie prezesa PiS: potępienie protestów i wezwanie do obrony kościołów.

28 X Ogólnopolskie strajki i demonstracje o charakterze antyrządowym.

29 X Protesty w całym kraju. Przypomnienie o głównym celu protestu i apel aktywistek o solidarność z osobami LGBT.

30 X Masowy protest w stolicy. Tęczowy Piątek. Ataki nacjonalistycznych bojówek na uczestników protestów.

Przesłanki konstytucyjne

Trybunał orzekł, że przesłanka pozwalająca na aborcję w przypadku ciężkich i nieodwracalnych uszkodzeń płodu jest niezgodna z konstytucją, powołując się przy tym na Art. 38 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, zgodnie z którym:

Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.

Konstytucja nie podaje definicji człowieka, nie pada także sformułowanie o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Interpretacja powyższego zapisu nieuchronnie wiąże się z koniecznością uwzględnienia szeroko rozumianych zagadnień natury filozoficznej, bioetycznej, medycznej i psychospołecznej, a nie jedynie prawnej.

W związku z tym należy poddać w wątpliwość kompetencje sędziów trybunału w zakresie orzekania o tak złożonym problemie. Samo przeanalizowanie zawiłości prawnych streszczone w komunikacie trybunału w żaden sposób nie rozstrzyga pozaprawnych wątpliwości dotyczących interpretacji konstytucyjnego zapisu.

Zastrzeżenia budzi także skład organu orzekającego, który reprezentowany jest przez sędziów o konserwatywnym światopoglądzie. Pomimo tego warto mieć na uwadze, że Trybunał Konstytucyjny nie był jednomyślny. Sędzia Leon Kieres i sędzia Piotr Pszczółkowski złożyli zdania odrębne.

Uwagę zwraca zdanie zawarte w komunikacie TK głoszące, że

„Ustawodawca nie może przenosić ciężaru związanego z wychowaniem dziecka ciężko i nieodwracalnie upośledzonego albo nieuleczalnie chorego jedynie na matkę, ponieważ w głównej mierze to na władzy publicznej oraz na całym społeczeństwie, ciąży obowiązek dbania o osoby znajdujące się w najtrudniejszych sytuacjach.”

Tego rodzaju próba uwzględnienia potrzeb społecznych w kontekście realiów dotyczących funkcjonowania aparatów instytucjonalnego wsparcia nie może zostać uznana za zadowalającą.

W kontekście omówienia przesłanek konstytucyjnych zasadne jest także przytoczenie kilku istotnych zapisów, które powinny zostać rozpatrzone.

Art. 30.

Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Art. 31.

  1. Wolność człowieka podlega ochronie prawnej.
  2. Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.
  3. Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.

Co ciekawe, Trybunał Konstytucyjny powołuje się także na powyższe zapisy. W interpretacji TK prawo do życia stanowi prawo fundamentalne. Sprzeciw budzi jednak nieuwzględnienie w tym kontekście prawda do godności, wolności, w tym wolności wyznania, a także do ochrony zdrowia.

Art. 47.

Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.

Art. 53.

  1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.

Art. 68.

  1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.

Wobec licznych wątpliwości natury moralnej podyktowanych merytorycznymi przesłankami, wypływającymi z rozwoju nauk medycznych i społecznych, a także w obliczu przemian kulturowych zachodzących intensywnie w krajach wysoko rozwiniętych, istnieje poważny zarzut naruszenia powyższych praw gwarantowanych przez Konstytucję.

Na zakończenie w kontekście trwających protestów społecznych warto przytoczyć jeszcze fragment Rozdziału I Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej:

Art. 1.

Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.

Art. 2.

Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.

Art. 4.

  1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
  2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Wobec powyższych ustaleń, kluczowych dla istnienia państwa demokratycznego, za absolutnie niedopuszczalne należy uznać reakcje władz na ostatnie wydarzenia.

Kontekst polityczny

Wobec zasadnych oskarżeń o łamanie prawa człowieka oraz ingerowanie w osobiste życie obywateli można zastanawiać się nad przyczynami podjętej przez Trybunał Konstytucyjny decyzji. Wbrew zrozumiałym w tej sytuacji zarzutom wątpliwa wydaje się jednak motywacja oparta na jakimkolwiek interesie finansowym czy politycznym wyrachowaniu. Nawet gdyby tego rodzaju partykularne motywy kierowały częścią sędziów czy polityków, ostatecznie za takim ujęciem sprawy muszą stać fundamentalne poglądy.

Należy pamiętać, że ten konkretny wyrok dotyczy narodzin dzieci chorych i niepełnosprawnych. W daleko idących konsekwencjach nie przynosi on państwu dodatkowych dochodów w postaci podatków, siły roboczej czy potencjału reprodukcyjnego. Przeciwnie, wiąże się on z koniecznością olbrzymich nakładów na opiekę zdrowotną i zabezpieczenie socjalne osób niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania. Ponadto za być może mniej oczywiste, ale wciąż bardzo prawdopodobne skutki tej decyzji należy uznać emigrację obywateli oraz spadek liczby osób gotowych do założenia rodziny.

Przypadek ten wydaje się jasno ukazywać niebezpieczeństwo wynikające z ideologicznej indoktrynacji oraz źle pojętej religijności. Wszystko wskazuje na to, że ogłoszony wyrok miał na celu zapewnienie osobistego spokoju sumienia bądź też uzyskanie i utrzymanie poparcia środowisk skrajnie konserwatywnych.

Ślady tej ideologicznej indoktrynacji widoczne są od dłuższego czasu w otwartej i stanowczej walce z jakimikolwiek przejawami progresywnego światopoglądu. Nagonka na osoby LGBT, odrzucanie międzynarodowych dokumentów z powodu posługiwania się terminem gender oznaczającym płeć kulturową, postulowanie zakazu edukacji seksualnej czy wreszcie skandaliczne sformułowania pod adresem kobiet powracające w debacie publicznej – to tylko niektóre z metod mających na celu utrzymanie kulturowego status quo.

Oczywistą konsekwencją wspomnianego fundamentalizmu jest zamknięcie możliwości jakiejkolwiek debaty publicznej i dyskusji opartej na merytorycznej argumentacji. Ten tragiczny skutek jest wyraźnie widoczny w reakcjach konserwatywnych środowisk na powstały opór społeczny.

Nie budzą zdziwienia próby wykorzystania obecnych protestów przez opozycję. Wywołują one natomiast słuszne oburzenie środowisk feministycznych, które w swoich wieloletnich staraniach o liberalizację prawa aborcyjnego oraz walkach z systemową opresją wobec kobiet, nie spotykały się z poparciem polityków.

Wśród aktywistek i aktywistów walczących o godność kobiet nie może być zgody ani na podporządkowanie fundamentalistom religijnym życia osobistego obywateli ani na wyrachowany handel podstawowymi prawami człowieka w ramach politycznych rozgrywek. Dlatego też pomysł przeprowadzenia referendum w tej sprawie spotkał się z jednoznaczną krytyką środowisk feministycznych.

Tło filozoficzne

Temat aborcji jest niezwykle złożony i kontrowersyjny. Istnieją liczne argumenty oraz eksperymenty myślowe przytaczane przez obie strony sporu. Niniejszy fragment wpisu przedstawia subiektywny wybór uzasadnień jedynie w zarysie.

Wolność wyznania

Nauczanie Kościoła w zakresie bezwzględnej ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci bywa utożsamiane z uniwersalną moralnością i wartościami humanitarnymi, pomimo złożonego charakteru zagadnienia oraz specyfiki religijnej argumentacji.

Podstawami dla twierdzenia o nienaruszalności i świętości życia są przekonanie o istnieniu duszy oraz wiara w Boży plan, któremu nie wolno się przeciwstawiać. Są to główne argumenty, które stanowią silną motywację do ochrony życia poczętego.

Nauczanie to idzie w parze z etyką seksualną Kościoła, która wskazuje na genezę nowego życia jako główny cel ludzkiej seksualności.

Wiara we wspomniane wartości nie tylko stanowi silną motywację do poświęceń nawet w skrajnie trudnych sytuacjach życiowych, ale także pełni dla osoby religijnej ważną psychologiczną rolę w zachowaniu emocjonalnej równowagi. To nie tak zwane życie doczesne, ale życie wieczne stanowi dla katolików wartość nadrzędną. W związku z tym zachowanie czystości sumienia ważniejsze jest od zachowania cielesnego dobrostanu.

Wiara, uznawana przez katolików za łaskę, jest dla osób niewierzących niedostępnym źródłem wytchnienia w traumatycznych doświadczeniach. Prawne regulacje w żaden sposób nie wpływają ani na uznawany przez katolików fakt zbawienia poczętych dzieci ani na kondycję ludzkich sumień.

Warto rozważyć powyższe kwestie w kontekście obecnej sytuacji.

Obrońcom życia zarzuca się szereg niekonsekwencji, od ignorowania problemu poronień po lekceważenie potrzeb dzieci narodzonych oraz ich matek. Pomimo zaangażowania Kościoła w akcje charytatywne powyższe zarzuty trzeba uznać za zasadne.

Przyjęcie tezy o obowiązku ochrony każdego życia poczętego logicznie wiązałoby się z koniecznością przeciwdziałania poronieniom. Samoczynne poronienia nie są rzadkością i naturalną konsekwencją takiego rozumowania byłoby uznanie ich za tragiczne, masowe zgony, które należy bezsprzecznie powstrzymać, podobnie jak próbuje się powstrzymać epidemie. Nie jest to jednak temat budzący tak ogromne zainteresowanie społeczne, jak aborcja.

Ponadto dążenie do realnego ograniczenia liczby przerwanych ciąż powinno uwzględniać skuteczne metody rozwiązania tego problemu. Jak pokazują doświadczenia zagranicznych społeczeństw, prawny zakaz aborcji wcale takiej skuteczności nie zapewnia. Analogiczna sytuacja miała miejsce w przypadku prohibicji, która nie sprawdziła się w walce z alkoholizmem. Znacznie bardziej efektywne rozwiązania problemów społecznych obejmują sposoby uwzględniające motywacje ludzi i zapewniające reagowanie na ich bieżące potrzeby. W związku z tym dobrą praktyką mającą na celu zapobieganie aborcji byłoby na przykład wdrożenie edukacji seksualnej i udostępnienie darmowej antykoncepcji. Są to jednak działania odrzucane przez konserwatystów ze względu na obawę przed zbyt liberalnym podejściem do seksualności.

Także potrzeby materialne wielodzietnych rodzin lub rodziców samotnie wychowujących dzieci, zatrważająco niskie standardy opieki okołoporodowej, skutki społecznego ostracyzmu wobec nastolatek w ciąży, wywołanego, nawiasem mówiąc, przez konserwatywny światopogląd , zdają się blednąć wobec chęci kontrolowania za wszelką cenę kobiecej płodności. Skutki tego podejścia, które trzeba otwarcie nazwać ignorancją, bywają tragiczne.

Ani istnienie duszy ani doświadczenie Bożej obecności w oczywisty sposób nie stanowią argumentów dla osób niewierzących. Wobec braku religijnych wartości świecka etyka koncentruje się na ograniczaniu cierpienia.

Tożsamość człowieka

Jaki jest status zarodka? Czy należy uznać, że płód ludzki posiada prawa? Konserwatyści często wskazują na powstanie nowego życia w momencie zapłodnienia oraz gatunkową przynależność organizmu w stadium prenatalnym jako fakty naukowe. Istotnie, stosując biologiczną terminologię należy uznać zygotę za żywą komórkę, a zarodek bądź też płód za człowieka. Komórka jajowa i plemnik są także żywe w sensie biologicznym. Życie ma charakter ciągłych zmian i to właśnie ta ciągłość budzi kontrowersje w kontekście wyznaczania ram pojęciowych.

W żaden sposób nie przesądza to jednak o moralnej ocenie aborcji. Jakkolwiek „człowiek” jest terminem biologicznym, „człowieczeństwo” i „osoba” zawierają znacznie głębszy wymiar znaczeniowy.

Cechy uznawane za specyficznie ludzkie, które odróżniają człowieka od innych zwierząt, związane są z wyższymi funkcjami ośrodkowego układu nerwowego, takimi jak samoświadomość, uczucia wyższe, zdolność abstrakcyjnego myślenia czy rozbudowany system pojęciowy. Należy jednak zaznaczyć, że także wśród innych gatunków obserwuje się zdolność rozpoznawania własnej autonomii, złożoną emocjonalność i zachowania społeczne, a także umiejętność rozwiązywania problemów w oderwaniu od bezpośrednich bodźców zmysłowych. W świetle faktów naukowych lekceważenie zdrowia i życia zwierząt budzi coraz większe oburzenie. Wspomnianych cech charakteryzujących wysoko rozwinięte organizmy żywe nie wykazuje jeszcze człowiek w stadium prenatalnym.

Pojawia się pytanie: dlaczego sam fakt przynależności gatunkowej miałby być kluczowy dla rozstrzygnięcia problemu? Jest to pytanie dotyczące w istocie fundamentów moralności.

Wartość życia

Podstawowa różnica pomiędzy ruchami pro-life i pro-choice polega na odmiennym pojmowaniu wartości życia. O ile dla tych pierwszych życie jest wartością samo w sobie, o tyle dla drugich fundamentalne znaczenie ma jakość życia. Na marginesie warto wspomnieć, że istnieje także pogląd, który można by nazwać ruchem anty-life, coraz szerzej znany jako antynatalizm. Wyznawcy tego ostatniego uważają, że życie z natury jest złe, ponieważ jest nierozerwalnie związane z cierpieniem.

Co o życiu można powiedzieć w kontekście indywidualnych ludzkich doświadczeń? Każdy człowiek pragnie być na swój sposób szczęśliwy, nawet jeśli próby realizacji tej potrzeby bywają bardzo nieudolne. Gdyby natomiast każdy uważał swoje własne życie za najwyższą wartość bez względu na wszelkie okoliczności, to nie byłoby samobójców.

Pogląd, aby pozwolić osobie chcącej odebrać sobie życie zadecydować o własnym losie, jest bardzo niepopularny, o czym świadczą interwencje policji czy służby zdrowia.

Analogiczny problem pojawia się w przypadku eutanazji i aborcji. Trzeba zwrócić uwagę, że aktywiści broniący życia od poczęcia do naturalnej śmierci przyjmują arbitralne założenie, zgodnie z którym każdy chce żyć. Uważają za swoją powinność podtrzymywanie życia ludzkiego w każdym stadium i każdym stanie, żywiąc przekonanie, że wola przetrwania jest temu życiu niezmiennie przynależna. Powszechnie mówi się o prawie do życia, natomiast prawo do śmierci wydaje się być czymś zupełnie absurdalnym.

Indywidualne doświadczenia ludzi zdają się świadczyć o tym, że nie chodzi w istocie ani o prawo do życia, rozumianego jako wegetatywna egzystencja, ani o prawo do śmierci, które kojarzone jest z niebezpieczeństwem nadużyć i skrajnym nihilizmem. Wydaje się, że realną wartość stanowi dążenie do szeroko rozumianego dobrostanu.

Decyzyjność a odpowiedzialność

Każdy człowiek ma prawo decydowania o swoim życiu, ponieważ nikt za niego nie ponosi trudów jego własnej egzystencji. Warto uświadomić sobie, że nikt nie jest w stanie pojąć przez co przechodzi inna osoba. Trzeba z całą mocą podkreślić, że jeśli ktokolwiek chce przejąć prawo decydowania o czyimś życiu, to automatycznie ponosi także za nie odpowiedzialność. Dlatego każde ratowanie życia musi wiązać się nierozerwalnie z dążeniem do poprawy jego jakości.

Dotyczy to zarówno samobójców, jak i osób ciężko chorych pragnących poddać się eutanazji.

Skoro decyzyjność wiąże się z odpowiedzialnością, to także odpowiedzialność w postaci ponoszenia określonych konsekwencji powinna wiązać się z możliwością podejmowania decyzji.

Nikt nie jest w stanie przejąć na siebie trudów ciąży i porodu, jakich doświadcza przyszła matka. Dlatego też, zarówno ze względu na poważne konsekwencje zdrowotne oraz psychologiczne, jak i z uwagi odpowiedzialność moralną wynikającą z niejednoznaczności problemu życia poczętego, osobisty charakter decyzji o macierzyństwie podejmowanej przez kobietę powinien być oczywisty.

Niekonsekwencje i konsekwencje

Trzeba z całą stanowczością powiedzieć, a nawet wykrzyczeć prawdziwy i główny powód, dla którego praktycznie całkowity prawny zakaz aborcji jest decyzją skandaliczną.

Wszystko, co do tej pory zostało powiedziane w niniejszym wpisie stanowi jedynie tło pokazujące złożoność problemu. Podstawy prawne czy rozważania filozoficzne bledną w obliczu osobistych dramatów kobiet, które zostają zmuszone do urodzenia ciężko chorego dziecka.

Oburzający jest fakt, że często główny głos w dyskusji o aborcji zabierają hierarchowie kościoła, którzy są bezdzietnymi mężczyznami.

Oburzający jest fakt, że decyzje dotyczące prawodawstwa w tym zakresie podejmują głównie politycy będący mężczyznami.

Oburzający jest fakt, że argumenty religijne przeważają nad merytorycznymi wypowiedziami specjalistów: ginekologów, pielęgniarek, położnych, psychiatrów, psychologów i psychoterapeutów.

Jednak najbardziej oburzające jest ignorowanie głosów kobiet, które pozbawiane są podmiotowości, zmuszane do potwornego cierpienia i pozostawiane bez wsparcia.

To kobieta doświadcza wszystkich trudów, konsekwencji zdrowotnych i psychologicznych ciąży. To kobieta w niewyobrażalnym bólu rodzi dziecko. Wreszcie to kobieta jest w większości przypadków pierwszą, a często jedyną osobą podejmującą się opieki nad dzieckiem. Tak ogromna odpowiedzialność musi wiązać się z decyzyjnością.

Trzeba to powtórzyć: odpowiedzialność oznacza decyzyjność.

Wiele osób twierdzi, że mężczyzna ma prawo decydować, ponieważ to też jego dziecko. Jednak jego odpowiedzialność i ponoszone przez niego konsekwencje są druzgocąco niewspółmierne. Nie, to nie mężczyzna rodzi dziecko. To nie mężczyzna ryzykuje zdrowiem i życiem. Zatem to nie mężczyzna decyduje.

Organizuje się publiczne debaty i proponuje referendum, aby osiągnąć porozumienie społeczne w sprawie aborcji. Nie, to nie społeczeństwo rodzi dziecko. To nie społeczeństwo ponosi konsekwencje ciąży i porodu. Jedynie kobieta doświadcza tych konsekwencji w całości. Zatem jedynie ona ma prawo podejmować decyzję o urodzeniu dziecka.

Wskazuje się, że wśród kobiet, w tym wśród matek, jest wiele katoliczek. Jedną z głównych działaczek ruchu antyaborcyjnego w Polsce jest Kaja Godek, która wychowuje dziecko z zespołem Downa. Jakkolwiek jej osobiste doświadczenia mogą tłumaczyć działalność, jakiej się podjęła, nie ma ona żadnego prawa do podejmowania decyzji za inne kobiety. To nie Kaja Godek rodzi cudze dzieci. Zatem to nie Kaja Godek decyduje.

Odpowiedzialność matki jest pełna i osobista. Zatem także decyzyjność nie może być częściowa ani zbiorowa. W tej kwestii nie ma miejsca na kompromisy.

Profanacja sacrum

Oburzenie konserwatystów napisami na kościołach i flagami na pomnikach jasno pokazuje, że ich rzekomo chrześcijański system wartości stanął na głowie. Stawianie świętości kamieni ponad świętością ludzkiego ciała w świetle samej Ewangelii musi być uznane za kompletne nieporozumienie.

Nie rozumieją tego nacjonalistyczni bojówkarze, którzy przychodzą bronić kościołów. Nie rozumieją tego rządzący, którzy nie mają żadnego poszanowania dla kobiety, będącej dawczynią życia. Nie rozumieją tego księża, którzy nie są i nigdy nie będą władcami ludzkich sumień.

Prawdziwą profanacją świętości jest naruszanie godności kobiet. Profanacją świętości jest sprowadzenie cudu macierzyństwa, który realizuje się w pełni tylko w dobrowolnej i świadomej miłości, do pełnego cierpienia niewolnictwa.

Oskarżenia o wulgarny język są śmieszne w kontekście wieloletniego lekceważenia kobiet i mniejszości seksualnych. Ten, kto nie został usłyszany, zaczyna mówić głośniej. Ten, kto został zignorowany, zaczyna krzyczeć.

To nie wulgarność, ale obrzydliwe i pełne pogardy manipulacje naprawdę naruszają podstawowe reguły komunikacji międzyludzkiej.

Skandaliczne są manipulacje, polegające na nazywaniu aborcji w przypadku ciężkich i nieodwracalnych uszkodzeń płodu mianem aborcji eugenicznej. Eugenika jest intencjonalną, systemową ingerencją w genetykę i rozrodczość w celu uzyskania organizmów o określonych cechach. O eugenice można by było mówić w przypadku zmuszania kobiet do aborcji. W takiej sytuacji feministki byłyby pierwszymi, które broniłyby prawa kobiety do urodzenia dziecka. Nazywanie eugeniką interwencji medycznej, podyktowanej dramatyczną sytuacją matki i dziecka, stanowi oburzającą formę opresji wobec cierpiących osób.

Solidarność

Wiele wskazuje na to, że ruch feministyczny dojrzał do solidarności. Ten ruch, który nie wyklucza ze względu na tożsamość seksualną, styl życia i status majątkowy, ma szansę być ruchem społecznej zmiany w Polsce.

Widoczne jest już, że ruch ten napotyka szereg problemów. Feminizm wciąż nie jest powszechny w społecznej mentalności. Przewaga antyrządowych zawołań nad feministycznymi hasłami, próby upolitycznienia protestu czy skandaliczne zagłuszanie kobiet przez mężczyzn rzekomo wspierających protesty, to przykłady niepokojących tendencji.

Jednak bez względu na to, co wydarzy się w najbliższym czasie, ten ruch ma moc.

Wbrew politycznym bataliom większe znaczenie niż rekonstrukcja prawa ma zmiana mentalności ludzi. Prawo bez społecznego poparcia jest puste. Negatywną stroną tej prawdy są liczne przypadki łamania umowy społecznej, które uprzykrzają życie uczciwym obywatelom. Pozytywną stroną jest nieposłuszeństwo obywatelskie, w którym Polki i Polacy potrafią być mistrzami.

Nie powinniśmy skupiać się wyłącznie na aborcji. Ostatnie wydarzenia to ogromna szansa dla tych, którzy zostali pozostawieni bez wsparcia lub są dyskryminowani, dla samotnych matek i ojców, dla porzuconych dzieci, dla osób niepełnosprawnych i nieheteronormatywnych. Jest to szansa, aby zamiast słuchać wątpliwych autorytetów, oddać głos właśnie im.

Prawny zakaz aborcji nie ma nic wspólnego z ochroną życia. Nie ma obrony życia bez poprawy jakości życia kobiet i dzieci, bez troski o jakość położnictwa, bez walki z przemocą domową, ubóstwem i stygmatyzacją. Niechciane ciąże czy nielegalne aborcje stanowią realne zagrożenia dla zdrowia psychicznego i fizycznego oraz dla życia kobiet.

Na pewnym etapie każde życie pozostawione samo sobie umiera. Umiera tym boleśniej, im bardziej jest świadome. Straszeni cywilizacją śmierci bójmy się raczej cywilizacji obojętności.

Niewolnice Westy

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów nierówności pomiędzy kobietami a mężczyznami jest podział ról ze względu na płeć, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej. O zróżnicowaniu zatrudnienia i zarobków pisałam tutaj. Chyba jeszcze wyraźniejsze różnice można jednak odnaleźć w domowym zaciszu. Trudno zakwestionować istniejący porządek dopóki taki stan rzeczy uważa się za naturalny. Jawna dyskryminacja często bywa przezroczysta wszędzie tam, gdzie nie ma najmniejszej nawet przestrzeni dla refleksji o sprawiedliwości. Nierzadko same kobiety, pomimo ogromnego wysiłku wkładanego w podtrzymywanie domowego ogniska, nie zdają sobie sprawy z problemu, ponieważ nie mają szansy nawet na wyobrażenie sobie innego życia.

Przypomnijcie sobie reklamy, ukazujące zmagania z wszechobecnym osadem w łazience albo przygotowywanie z uśmiechem posiłku dla całej rodziny. A teraz wyobraźcie sobie spotkanie przy reklamowanym piwie w barze. Kogo widzicie?

Pamiętam z dzieciństwa spotkania rodzinne, podczas których powtarzała się charakterystyczna scena: mężczyźni zasiadali przy stole popijając piwo, a kobiety krzątały się w kuchni przygotowując posiłek. Kiedy po latach w rozmowie z przyjacielem zwróciłam uwagę na ten problem, całkowicie zbagatelizował sprawę. Trudno jednoznacznie ocenić czy powodem były jego odmienne obserwacje czy własna uprzywilejowana pozycja.

Niestety nawet przykład wychowywania się w rodzinie, w której obowiązkami dzielono się równo, wobec przygnębiających statystyk stanowi dowód anegdotyczny. Zarówno badania polskie, jak i europejskie wskazują na nadal utrzymujące się nierówności pod względem wykonywania prac domowych.

W zestawieniu Eurostatu z 2016 roku najlepiej wypadła Szwecja, zaś największe różnice odnotowano w Grecji. Obowiązki domowe w UE wykonywało codziennie 79% kobiet i 34% mężczyzn (w Polsce odpowiednio 82% i 33%), zaś codzienną opiekę nad dziećmi sprawowało 92% matek i 68% ojców (w Polsce odpowiednio 94% i 65%).

Analizy CBOS-u z 2018 roku pokazują, że domeną kobiet pozostało pranie (82% kobiet, 2% mężczyzn), prasowanie (81% kobiet, 6% mężczyzn), gotowanie (odpowiednio 65% i 5%), zmywanie (56%, 13%) i sprzątanie (61%, 4% ). W połowie gospodarstw domowych wspólnie zajmowano się zakupami i wyrzucaniem śmieci. Jedynymi zajęciami wykonywanymi głównie przez mężczyzn okazały się drobne naprawy (81% mężczyzn, 7% kobiet) oraz zlecanie usług specjalistom (odpowiednio 60% i 17%).

Przytoczone dane są przytłaczające. Wielokrotnie powtarzanym argumentem sprzyjającym bagatelizowaniu takiego stanu rzeczy jest wskazywanie na rolę mężczyzn w naprawach sprzętów domowych. Po pierwsze trzeba jednak zadać sobie pytanie: jak często psują się używane w gospodarstwie urządzenia? Każdy kto mieszka sam może oszacować ile czasu zajmują mu poszczególne czynności wymienione w badaniu. Po drugie wiele napraw wymaga pomocy specjalistów. W jakiej mierze zlecenie komuś wykonania zadania można uznać za pracę?

Niejednokrotnie można też usłyszeć pochwały pod adresem mężczyzn, którzy pomagają w obowiązkach domowych lub opiece nad dziećmi. Pomagają. To znaczy: nie współuczestniczą w tych zadaniach na równi z kobietami, a jedynie wnoszą swój udział, spotykający się czołobitną niemal wdzięcznością. Jak świadczy to o statystycznym Kowalskim?

Na szczęście coraz więcej mężczyzn dostrzega problem i chce uczestniczyć w życiu rodzinnym na równi z kobietami. Trend ten obserwuję w kolejnym pokoleniu mojej rodziny, wśród znajomych, a także w mediach, które coraz częściej zaczynają uwzględniać w swoim przekazie feministyczną perspektywę.

Zdarza się niestety, że korzystne dla kobiet przemiany wykorzystuje się jako pretekst w celu wykluczania feministycznej narracji z publicznego dyskursu. Próbuje się w ten sposób wykazać, że emancypacja jest w gruncie rzeczy tematem przestarzałym i niewartym uwagi. Tymczasem zmiany, które obserwujemy, stanowią zaledwie dobre tendencje i dopóki istnieć będą jakiekolwiek nierówności nie sposób powiedzieć, że cel został osiągnięty. Problemu dyskryminacji w przestrzeni prywatnej nie da się rozwiązać poprzez regulacje prawne. Walka z niesprawiedliwością wymaga wielowymiarowego działania służącego przede wszystkim powszechnemu kształtowaniu mentalności w oparciu o idee równości i wzajemnego wsparcia.

Niedawny raport IRCenter pokazuje, że skutki epidemii są szczególnie obciążające dla kobiet, które nadal wykonują większość prac domowych i opiekuńczych.

Warto zastanowić się nad konsekwencjami takiego stanu rzeczy. Pomimo promowanego w mediach wzorca idealnej pani domu, żony i matki, przedsiębiorczej i spełnionej zawodowo, trzeba mieć świadomość, że czas po prostu nie jest z gumy. Dopiero zaangażowanie mężczyzn w uwolnienie partnerek zaabsorbowanych, nierzadko bez reszty, pisaniem codziennej prozy życia, pozwoliłoby ujawnić w pełni kobiece pasje, intelektualne potrzeby i twórczy potencjał. Może wówczas ucichłyby głosy zarzucające kobietom niedostatek ambicji lub brak zainteresowań.

Ciało wyrwane z kontekstu

Jeszcze niedawno zastanawiałam się czy w kolejnym wpisie poruszyć bieżący wątek polsko-polskiej wojny o tęczową flagę, o której piszą teraz wszystkie media feministyczne, czy nie iść z prądem i podjąć zaplanowany przeze mnie temat o roli kobiety w przestrzeni domowej. Zamiast tego postanowiłam zmierzyć się wreszcie z problemem dużo trudniejszym i przytłaczającym, ale niezmiernie ważnym.

Przemoc seksualna w związku nie istnieje. Jeżeli jesteś feministką i po tym zdaniu masz ochotę raz na zawsze opuścić mojego bloga, proszę tylko, abyś zechciała przeczytać do końca ten wpis.

Na czym polega przemoc seksualna? W obiegowej opinii jest to forma przemocy fizycznej. Silniejszy sprawca wykorzystuje słabszą ofiarę dla własnej satysfakcji. Użycie siły powoduje, że kobieta często nie jest w stanie obronić się przed mężczyzną, a dziecko przed dorosłym. Obdukcja ujawnia obrażenia ciała i stanowi dowód obnażający dokonane przestępstwo.

Tego rodzaju wyobrażenia prezentują skrajną formę przemocy seksualnej, na którą składa się całe spektrum zachowań. Aby zdać sobie sprawę czego w istocie dotyczy przemoc seksualna, trzeba najpierw zrozumieć czym jest seks.

Seks nadal dość powszechnie rozumiany jest tylko w aspekcie fizycznym. Podobnie bywa pojmowane dziewictwo, które stanowi dobry przykład ujawniający niedostatki takiego sposobu myślenia.

Dawniej istniały procedury rzekomo pozwalające określić, czy dana kobieta (dziwnym trafem problem zdawał się dotyczyć wyłącznie kobiet) jest dziewicą, czy też nie. Obecnie wiadomo, że ze względu na ogromną różnorodność anatomiczną kobiecych ciał, brak lub obecność tak zwanej błony dziewiczej o niczym nie przesądza.

Warto jednak zastanowić się nad tym zagadnieniem od nieco innej strony. Czy dziewczyna, która nigdy nie współżyła z mężczyzną, ale regularnie ogląda materiały pornograficzne, jest dziewicą? Część osób, w których systemie wartości istotne miejsce zajmuje tak zwana czystość przedmałżeńska, zastanawia się, które zachowania powodują naruszenie tej wartości. Przecież petting to jeszcze nie seks, prawda? Uznając błonę dziewiczą za wyznacznik czystości można dojść do wniosku, że seks oralny czy analny jest bardziej „niewinny” niż tradycyjne współżycie. Większość ludzi intuicyjnie dostrzega w tym absurd.

Ta przydługa dygresja o kontrowersyjnym zagadnieniu dziewictwa ma jedynie za zadanie pokazać, że jakkolwiek seks nie istnieje bez cielesności, to seksualność jest przede wszystkim kwestią natury psychologicznej. To właśnie jest powodem dla którego psychologiczne konsekwencje przemocy seksualnej są dużo poważniejsze i dużo trwalsze niż skutki fizyczne.

Chociaż sferę seksualną często określa się jako delikatną, często brakuje głębszej refleksji nad istotą tej „delikatności”. Dla wielu ludzi seks jest najbardziej intymną formą przebywania z drugim człowiekiem, w której realizuje się fundamentalna ludzka potrzeba bliskości. Możliwość autentycznej ekspresji własnych uczuć w kontakcie zapewniającym poczucie bezpieczeństwa stanowi potencjalnie niewyczerpane źródło pozytywnych emocji. Co się dzieje, kiedy bliskość zostaje zastąpiona przemocą?

Chociaż dość powszechna jest świadomość, że gwałt w swej naturze jest znacznie bardziej wielowymiarowym, a przez to bardziej traumatycznym doświadczeniem niż inne formy fizycznej agresji, to jednak przemoc seksualna nadal bywa sprowadzana wyłącznie do aspektu cielesnego. Cały akt przemocy, łącznie z samą czynnością, siłą sprawcy, słabością ofiary oraz próbami obrony, postrzegany jest w kategoriach fizyczności.

Co jest zatem istotą przemocy seksualnej? Istotne jest nie tylko to, co dzieje się w trakcie zdarzenia, ale także to, co ma miejsce przedtem i jakie są następstwa.

Tak jak zdanie wyrywa się z kontekstu wypowiedzi, tak cielesność człowieka wyrywa się z kontekstu jego człowieczeństwa. W takim przypadku nie ma mowy ani o konstruktywnej komunikacji ani o budowaniu relacji, bo celem takiego zabiegu jest zaspokajanie własnej potrzeby sprawstwa. Instrumentalne użycie drugiej osoby dla własnych celów, bez poszanowania jej podmiotowości, stanowi istotę przemocy seksualnej.

Sprawcą nie zawsze jest osiłek czający się w ciemnej uliczce, któremu bez wahania można przypiąć łatkę dewianta lub psychopaty. Sprawcą może być ktoś o przewadze społecznej lub ekonomicznej, kto wykorzystuje swoją pozycję zawodową lub sytuację materialną do szantażu. Sprawcą może być ktoś, kto dopuszcza się manipulacji lub wywiera presję emocjonalną, korzystając ze swojej przewagi intelektualnej lub psychologicznej. Wykorzystanie stanu osoby znajdującej się pod wpływem środków psychoaktywnych stanowi formę przemocy. Jakiekolwiek podejmowanie czynności seksualnych bez uprzedniej świadomej i dobrowolnej zgody partnera, w tym także zaniechanie stosowania antykoncepcji, stanowi formę przemocy.

Ofiarą nie zawsze jest nieostrożna dziewczyna w zbyt krótkiej sukience, która zaatakowana krzyczy i próbuje uciec, a natychmiast po zajściu zgłasza się na policję. Ofiarą może być osoba, której wmówiono, że z jakichś powodów nie ma prawa odmówić. Osoba doświadczająca przemocy może nie być w stanie nic powiedzieć ani się poruszyć. Może wypierać traumatyczne doświadczenie, a nawet mieć poczucie winy. Może chcieć przekonywać samą siebie, że nic się nie stało, pomimo objawów świadczących o przeżyciu traumy. Odzyskiwanie utraconego poczucia kontroli nad własnym ciałem jest indywidualnym procesem, który może przebiegać w różny sposób.

Pora powrócić do stwierdzenia, że przemoc seksualna w związku nie istnieje. Po pierwsze trzeba określić, czym jest związek. Związek stanowi rodzaj umowy, czasami oficjalnej, a czasem niepisanej, która tworzy bezpieczne granice intymności dla dwojga, a niekiedy dla większej liczby osób. Szczególnym rodzajem związku jest związek małżeński, który często zawiera dodatkowo szereg założeń o charakterze religijnym.

Kościół i środowiska feministyczne, pomimo wielu konfliktów, mogą w tym przypadku poszczycić się wspólnym celem, jakim jest przeciwdziałanie nadużyciom. Związek, a w szczególności związek małżeński, ma zapewniać poczucie bezpieczeństwa w bliskości dzięki wzajemnemu zaufaniu.

Dlaczego zatem jednym z popularnych szkodliwych przekonań jest twierdzenie, że gwałt w małżeństwie nie istnieje? W domyśle występuje tu błędne założenie, że powiedzenie „tak” przy ołtarzu oznacza automatycznie zgodę na współżycie z małżonkiem zawsze i wszędzie, do grobowej deski.

Co jednak w istocie zawiera przysięga małżeńska? Jak to się stało, że obietnica „miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej” oznacza dla niektórych oddanie do dyspozycji własnego ciała, bez względu na te trzy fundamentalne wartości, które stanowią w założeniu filary każdego małżeństwa? Kiedy ktoś dopuszcza się zaspokajania własnych potrzeb kosztem partnera, to w sposób oczywisty łamie postanowienia zawartej umowy.

W takim i tylko w takim sensie można mówić, że przemoc w związku nie istnieje. Nie istnieje nie dlatego, że nie dokonuje się przemoc, ale dlatego, że wszelkie podstawy, na których opiera się związek, zostają zerwane. Niejednokrotnie zdarzają się sytuacje, kiedy mąż dopuszcza się wobec żony gwałtu, ale czy w takiej sytuacji można jeszcze mówić o małżeństwie, które powinno stanowić ostoję bliskości?

Ktoś może stwierdzić, że współcześnie mówi się dużo o problemach z bliskością, a przecież dawniej powszechnie praktykowano aranżowane małżeństwa i też było dobrze. Otóż… nie, nie było. Szacunek wobec drugiego człowieka to temat tak stary jak ludzkość i zawsze żyli ludzie mniej lub bardziej wrażliwi i świadomi cudzej krzywdy. A jeśli ktoś chce usprawiedliwiać swój brak empatii argumentami historycznymi, to warto przypomnieć, że podobno pochodzimy od zwierząt. One zdają się nie przejmować zbytnio zagadnieniami natury moralnej. Sądząc po skali przemocy i wciąż niskiej świadomości na ten temat, można dojść do bardzo bolesnego wniosku. Chociaż jako gatunek jesteśmy ludźmi, dopiero stajemy się osobami. Bardzo, bardzo powoli schodzimy z drzewa.

Odcienie zdrady

Rzucił mi się niedawno w oczy ciekawy komentarz w skądinąd tęczowym środowisku. Zwrócono uwagę na wypowiedź pewnej reprezentantki LGBT na temat jej bliskiej relacji oraz innych osób partnerskich z którymi utrzymuje kontakty. Wspomnianą postawę uznano za, delikatnie mówiąc, wątpliwą moralnie. Zasugerowano, że przy całej akceptacji dla par jednopłciowych chyba nie powinno promować się zdrady. Nie chcę tu rozwijać ani głośnego ostatnio wątku odmiennych orientacji ani tematu relacji niemonogamicznych. Zamiast tego podzielę się krótką refleksją o tym czym jest zdrada.

W powszechnym pojęciu zdrada dotyczy nawiązywania intymnych kontaktów z osobą trzecią przez jednego z partnerów lub współmałżonków. Wielu ludzi obsesyjnie obawia się niewierności. Relacje monogamiczne wydają się tak naturalne, że mało kto kwestionuje ten nieodłączny element życia. Kto jednak, poza terapeutami par, zastanawia się nad istotą zdrady i wynikającym z niej cierpieniem?

Filarami związku są bliskość i wzajemne wsparcie. Relacja taka daje poczucie wyjątkowości i bezpieczeństwa. Te fundamenty zazwyczaj leżą w gruzach, gdy na horyzoncie pojawia się ktoś trzeci. Chociaż niewierność postrzega się zazwyczaj w kontekście romansu, to przecież wspomniane wartości mogą zostać utracone na różne sposoby, a osoby żyjące w związkach poliamorycznych sugerują, że nie tracą ich nawet pomimo budowania relacji z większą liczbą osób. Pozostawiając tę ostatnią uwagę indywidualnej ocenie warto przyjrzeć się postawom, które łamią oficjalną bądź niewypowiedzianą obietnicę wzajemnej wierności. Czy ignorowanie potrzeb partnera, niedostrzeganie jego rozterek i niedocenianie jego indywidualności nie są przejawami zdrady? Czy tego rodzaju zachowania mogą być przyczynami lub skutkami zdrady rozumianej w tradycyjny sposób?

Usprawiedliwianie skoków w bok oziębłością partnera jest bardzo krzywdzące. Sugerowanie, że wina leży po stronie osoby jawnie skrzywdzonej nie służy naprawianiu związku. Jednakże jakikolwiek brak wzajemnej uczciwości w relacji świadczy o istniejących już problemach, które mogą dotyczyć rozbieżności w potrzebach bądź trudnościach w komunikacji.

Jakkolwiek powyższe wywody mogą się wydawać czymś oczywistym, pociągają za sobą nieoczekiwane przemyślenia. Czy kobieta, która uzyskuje zgodę swojej partnerki na relację z inną dziewczyną dopuszcza się zdrady? Czy mąż, który pozostawia żonie wszystkie trudy opieki nad dzieckiem jest jej wierny? To oczywiście tylko przykłady, ale odpowiedzi na tak postawione pytania mogą być bardzo zróżnicowane.

Gdzie głupcy krzyczą, ofiary milczą

W dzisiejszym wpisie kontynuacja wątku antyprzemocowego. Kolejne wypowiedzi polskich konserwatywnych polityków wprawiają w coraz większe osłupienie. Nazywanie konwencji stambulskiej „genderowskim bełkotem”, który wskazuje na religię jako przyczynę przemocy wobec kobiet, czy zarzut wprowadzania co najmniej 56 „restrykcyjnych płci kulturowych” przez rzeczony dokument, to przykłady stwierdzeń, które mogłyby budzić śmiech, gdyby nie powaga poruszanego tematu. Tego rodzaju farmazony, wygłaszane publicznie przez polityków wysokiej rangi, takich jak wiceminister sprawiedliwości czy kurator oświaty, nie tylko obnażają mierną znajomość złożonego problemu, jakim jest przemoc wobec kobiet. Każą także przypuszczać, że autorzy wspomnianych wypowiedzi nie podjęli nawet wysiłku zapoznania się z treścią dokumentu, który otwarcie i zajadle krytykują.

Pozwolę sobie w całości przytoczyć Art. 4. Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej:

  1. „Strony podejmują niezbędne działania prawne i inne, by promować i chronić prawa wszystkich, w szczególności kobiet, do życia wolnego od przemocy zarówno w sferze publicznej, jak i prywatnej.
  2. Strony potępiają wszelkie formy dyskryminacji kobiet i podejmują niezwłocznie niezbędne środki prawne i inne w celu jej zapobiegania, w szczególności: włączenie do krajowych konstytucji i innych właściwych aktów prawnych zasady równouprawnienia kobiet i mężczyzn oraz zapewnienie realizacji tej zasady w praktyce; zakaz dyskryminacji kobiet, także poprzez zastosowanie sankcji, tam, gdzie okaże się to konieczne; obalenie praw i praktyk dyskryminacyjnych wobec kobiet.
  3. Wdrożenie przepisów niniejszej konwencji przez Strony, w szczególności środków chroniących prawa ofiar, zostanie zagwarantowane bez dyskryminacji ze względu na: płeć biologiczną, płeć kulturowo-społeczną, rasę, kolor skóry, język, religię, poglądy polityczne i inne, pochodzenie narodowe lub społeczne, przynależność do mniejszości narodowej, własność, urodzenie, orientację seksualną, tożsamość płciową, wiek, stan zdrowia, niepełnosprawność, stan cywilny, status uchodźcy lub migranta lub inny.
  4. Specjalne środki, niezbędne do zapobiegania przemocy ze względu na płeć i ochrony kobiet przed taką przemocą nie są uznawane za dyskryminację w myśl zapisów niniejszej konwencji.”

Obawy części czytelników budzi pkt. 4., z uwagi na podejrzenie o pozostawienie przestrzeni do możliwych nadużyć wobec mężczyzn. Zarzutu tego nie należy jednak rozpatrywać w oderwaniu od kontekstu. Przytoczenie całości powyższego artykułu ma na celu wykazanie, że zastrzeżenie poczynione w ostatnim punkcie ma ścisły związek z poprzednim zapisem, który zabezpiecza szereg grup społecznych przed dyskryminacją. W społeczeństwie tak różnorodnym, jak współczesna wspólnota Europy, ścierają się interesy i potrzeby rozmaitych jednostek. Wobec tego konieczne jest ustalenie priorytetów. Niewątpliwie jeden z takich priorytetów stanowi ochrona osobistej godności i bezpieczeństwa, która jest nadrzędna przykładowo wobec poszanowania czyichś uczuć religijnych bądź wolności światopoglądowej. Nie można tolerować nietolerancji, podobnie jak nie sposób uznawać za dyskryminację brak akceptacji dla jakichkolwiek form przemocy. Taki jest w moim rozumieniu sens powyższego zapisu.

Ponadto należy zauważyć, iż konwencja nie określa płci sprawców, a jedynie podkreśla, że kobiety są szczególnie narażone na określone formy przemocy, co wynika wprost ze statystyk. Jak wskazuje sama nazwa dokumentu, jego przedmiotem jest przemoc wobec kobiet, trudno zatem zgodzić się z zarzutami sugerującymi pomijanie problemów mężczyzn. To tak jakby zarzucać dokumentom dotyczącym edukacji, że nie obejmują zagadnień z zakresu rolnictwa.

Zacytuję jeszcze dwa punkty, które budzą szczególne kontrowersje wśród przeciwników omawianego dokumentu.

Art. 12 pkt. 1. głosi, co następuje:

„Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn.”

Nie podejmę się dyskutowania z kimkolwiek, kto aprobuje ideę niższości kobiet, ponieważ jest to pogląd we współczesnym cywilizowanym społeczeństwie zupełnie nieakceptowalny. Pozwolę sobie natomiast poczynić komentarz na temat stereotypowych modeli roli kobiet i mężczyzn. Stereotyp ma zasadniczo znaczenie pejoratywne i obejmuje zbiór uproszczonych schematów poznawczych dotyczących danej grupy. Stereotypem nie jest zespół poglądów zgodnych ze stanem faktycznym i opartych na wiedzy. Macierzyństwo jest domeną kobiet – to fakt. Fundamentalną rolą każdej kobiety jest zostanie matką – to stereotyp. Jeśli konserwatyści obawiają się przekłamywania rzeczywistości przez jakąś nowoczesną ideologię, to mają szereg dostępnych narzędzi stanowiących oręż w celu obrony prawdy, a są nimi rzetelna metodologia badań naukowych i edukacja w zakresie krytycznego myślenia. Uwzględnienie w tym zestawie jakichkolwiek stereotypów byłoby naprawdę nie na miejscu.

Jak podaje Art. 12 pkt. 5.:

„Strony gwarantują, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja czy tzw. „honor” nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy objętych zakresem niniejszej Konwencji.”

Wspominałam o tym już w poprzednim wpisie. Z jakiegoś powodu sformułowanie „nie będą uznawane za usprawiedliwienie” zostało przez wiele osób zinterpretowane jako „zostaną uznane za źródło przemocy i zwalczane”. Nie posądzam polskich konserwatywnych polityków i publicystów o analfabetyzm ani nawet o kompletny brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Należy raczej przypuścić, że stoi za tym rodzaj szczególnej nieufności graniczącej z paranoją i histeria aktywowana za każdym razem, gdy w jakimś tekście pojawiają się określenia „religia” lub „gender”.

Obsesja konserwatystów na punkcie „niebezpiecznej ideologii” widoczna jest wyraźnie w stanowisku Ordo Iuris. Jak na ironię, zarzuty o nacechowanie ideologiczne konwencji stambulskiej zupełnie nie stoją na przeszkodzie członkom tej organizacji w promowaniu tzw. „prawa naturalnego”. Problem polega na tym, że każde rozpatrywanie zagadnienia o charakterze etycznym, a takim jest niewątpliwie systemowe ograniczanie przemocy wobec kobiet, musi mieć podstawę ideologiczną. Istotą człowieczeństwa jest posiadanie poglądów, w związku z czym paniczny strach przed słowem na „i” można uznać za bezzasadny. Jako autorka tego bloga stoję na stanowisku, że walka z przemocą stanowi wyraz rozwoju moralnego, zaś podtrzymywanie stereotypów opartych na dyskryminacji jest krokiem wstecz.

Jednakże posiadanie określonych poglądów nie bierze się znikąd. Dlatego też szanujący się dyskutanci starają się zdobywać wiedzę na temat omawianego zjawiska i wspierają się argumentami. W raporcie Ordo Iuris na temat Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej pojawia się godna uwagi część zawierająca omówienie statystyk dotyczących przemocy wobec kobiet. Według danych pochodzących z badań Agencji Praw Podstawowych UE (FRA) Polska zdaje się wypadać nieźle na tle innych krajów Europy. Wyniki były zaskakujące zwłaszcza dla środowisk lewicowych, dla prawicy zaś stały się bezcennym źródłem argumentów. Niższy odsetek przypadków przemocy w Polsce niż w państwach „postępowych” mógłby świadczyć o tym, że działania na rzecz równouprawnienia zawiodły, a skuteczną ochroną przed przemocą jest tradycyjny system wartości. Gdyby tak było w istocie, szanujące się feministki powinny wziąć to pod uwagę. Z faktami się nie dyskutuje. Faktom jednak należy bardzo uważnie się przyjrzeć.

Metodologia przeprowadzonych badań ankietowych wydaje się nie budzić zastrzeżeń. Dobór próby był losowy, wywiady anonimowe, a pytania dość szczegółowe. Jakie są zatem możliwe wytłumaczenia?

Być może rzeczywiście chrześcijańskie wartości przeważają nad szkodliwością stereotypów w konserwatywnych społeczeństwach. Być może niwelowanie różnic pomiędzy kobietami a mężczyznami przynosi skutek uboczny w postaci przyzwolenia na przemoc wobec płci, która nie jest już uważana za słabszą.

Możliwe, że napięcia społeczne w multikulturowych krajach skutkują aktami przemocy, na które nie są tak narażone bardziej hermetyczne społeczeństwa. Możliwe, że wśród czynników ryzyka są także wysoki stopień urbanizacji i dostępność używek.

Zapewne dopiero analiza sytuacji każdego kraju z osobna pozwoliłaby na uchwycenie specyfiki określonego zestawu czynników. Nie dysponując dostateczną wiedzą na temat kontekstu polityczno-gospodarczo-kulturowego w poszczególnych państwach można wyciągnąć jednak pewne wnioski na podstawie danych udostępnionych przez FRA.

Odsetek przemocy fizycznej i seksualnej wobec kobiet okazał się w Polsce niższy (19%) niż średnia europejska (33%). Także sytuacje przemocy psychicznej były deklarowane w Polsce rzadziej (37%) w porównaniu z przeciętną europejską (43%). Jednocześnie, na co zwracają uwagę członkowie Ordo Iuris w swoim raporcie, stopień zgłaszalności przemocy organom ścigania jest w Polsce wyższy niż w innych krajach europejskich, co ich zdaniem świadczy o adekwatnym rozeznaniu skali zjawiska i stosownych reakcjach. Odpowiedzi ankietowanych kobiet świadczą także o tym, że Polki czują się bezpieczniej w porównaniu z pozostałymi Europejkami.

Szczegółowa analiza otrzymanych wyników nie przynosi jednak wyłącznie optymistycznych wniosków. W kontekście powyższych danych zdumienie budzi przegląd konsekwencji przemocy deklarowanych przez badane kobiety. Polki częściej niż przeciętnie Europejki wiązały doświadczenie przemocy z emocjami takimi jak złość (76/61)*, strach (74/55), szok (45/35), agresja (32/24) oraz wstyd (41/28). To one znajdowały się także wśród Europejek deklarujących najczęściej poczucie winy (26/17). Rzadziej natomiast w porównaniu z innymi mieszkankami Europy wyrażały irytację (20/33).

Wśród długotrwałych psychologicznych następstw przemocy Polki częściej deklarowały depresję (34/24), lęk (52/35), ataki paniki (26/14!), trudności z zasypaniem (37/28) oraz kłopoty z koncentracją (27/14). Rzadziej natomiast uznawały, że doświadczenie przemocy ma wpływ na ich dalsze relacje (20/29).

Wśród doznawanych fizycznych obrażeń Polki częściej wskazywały na siniaki i zadrapania (56/42), zranienia, skręcenia oraz oparzenia (13/11), złamania (11/6), a także wstrząs mózgu lub inne jego urazy (6/3).

Na podstawie tych przerażających statystyk można wyciągnąć dwojakie wnioski: albo przemoc w Polsce, o ile już się zdarza, nosi znamiona poważnych przestępstw, albo istnieje poza tym całe spektrum niewidzialnej agresji, która nie jest raportowana nawet w anonimowych ankietach.

W roku 2014, a więc zaledwie dwa lata po przeprowadzeniu przez FRA omawianych badań, dokonano szczegółowych analiz zjawiska przemocy w Polsce z uwzględnieniem opinii ofiar, sprawców i świadków, w ramach projektu „Diagnoza i porównanie skali zjawiska przemocy w rodzinie oraz ocena efektywności działań podejmowanych na rzecz przeciwdziałania przemocy w rodzinie” na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Prawie 20% respondentów uznało, że o przemocy można mówić tylko w przypadku zaistnienia widocznych obrażeń. Wykazano więc wyraźną tendencję do postrzegania przemocy w bardzo zawężonym zakresie.

Znacząca część respondentów zgadzała się także ze szkodliwymi stereotypami na temat przemocy w związkach, takich jak: „w sprawach seksu żona powinna zgadzać się na to co chce mąż” (16, 5%), „w małżeństwie gwałt nie istnieje” (18,3%), „sprawca przestanie stosować przemoc, gdy trafi na właściwego partnera” (23,8%), „obsesyjna zazdrość to przejaw miłości do partnera” (21,6%), „nie warto pomagać ofiarom przemocy, gdyż i tak wrócą one do sprawcy” (17,8%).

W zestawieniu z powyższymi odpowiedziami oraz długofalowymi tragicznymi konsekwencjami przemocy, jakiej doświadczają Polki, „niezły” wynik Polski w badaniach FRA przestaje budzić entuzjazm. Przede wszystkim nie wolno jednak zapominać o tym, że nawet gdyby skala problemu była w Polsce mniejsza niż w pozostałych państwach UE, przemoc wciąż istnieje, a wychwalane (!) 19% to tak naprawdę bardzo dużo.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt uwzględniony w badaniach FRA, jakim jest miejsce doświadczania przemocy. Polska znalazła się na pierwszym miejscu wśród listy państw UE pod względem wskaźnika przemocy doświadczanej we własnym domu. Nie trzeba nawet sugerować jak te dane wypadają w zestawieniu z ostatnimi próbami bojkotu ustawy zapewniającej ochronę ofiarom przemocy domowej.

Burzliwe dyskusje światopoglądowe w obliczu tak poważnego problemu oraz niejednoznaczne interpretacje statystyk ukazują w całej rozciągłości wagę i potrzebę prowadzenia dalszych badań w tym zakresie. Specjaliści z dziedziny pogardzanej socjologii oraz eksperci zajmujący się psychologią, której potencjał bywa zbyt często marnowany, mogliby zapewne powiedzieć na ten temat o wiele więcej niż politycy zaprzątnięci, dość nieudolnie zresztą, dbaniem o PR na Twitterze.

*liczby w nawiasach oznaczają dane procentowe odpowiednio dla Polski i Unii Europejskiej (PL/UE)

Na końcu poprzedniego wpisu znajdziecie tekst konwencji stambulskiej oraz stronę Ordo Iuris.

https://fra.europa.eu/en/publications-and-resources/data-and-maps/survey-data-explorer-violence-against-women-survey?fbclid=IwAR1UCKz1VcFWpUPvrRFaQ-n3SIuFgQQF0uX4IAAOmPUOhGOAqvo6poU7F3E

https://fra.europa.eu/sites/default/files/fra-violence-against-women-survey-questionnaire-1_en.pdf?fbclid=IwAR1Cj_NLXwQOqnZWtaW3TL-hgmrhGfOH0GvcTqN5nwuAcPR2AXWhbfOlWuI

https://www.gov.pl/web/rodzina/diagnozy-zjawiska-przemocy-w-rodzinie

Ochrona polskich rodzin: między ideologią a praktyką

Ostatnio feministyczne media obiegła informacja o przygotowywaniach polskiego rządu do wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, znanej jako tzw. konwencja stambulska. Pomimo pozytywnej opinii na temat rzeczonego dokumentu sformułowanej przez Rzecznika Praw Obywatelskich, opartej na merytorycznej analizie problematyki przemocy domowej w Polsce, wątpliwe względy ideologiczne zdają się przeważać na szczeblu Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Zdumienie może budzić fakt, że kontrowersyjna postawa wobec działań na rzecz ochrony kobiet nie pozostaje reprezentowana jedynie w kręgach skrajnie konserwatywnych środowisk, takich jak koalicja Konfederacji, ale znajduje realne odzwierciedlenie w polityce rządu cieszącego się poparciem ponad połowy obywateli.

Niepokój wywołuje argumentacja stojąca za odrzuceniem omawianego dokumentu, która stanowi zbiór uprzedzeń tożsamych z agresywną retoryką przestrzegającą przed „ideologią” gender oraz „ideologią” LGBT. Głośno wybrzmiewają zarzuty, że konwencja stambulska uderza w kościół katolicki, tradycyjne rodziny, a nawet w mężczyzn, pomimo że de facto nie istnieje w niej ani jeden zapis, który by o tym świadczył.

Jak wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich, zapisy konwencji stanowią istotne uzupełnienie polskich przepisów prawnych, między innymi poprzez zwrócenie uwagi na przemoc ekonomiczną oraz przemoc ze strony byłych partnerów. Podkreślanie wagi trudnej sytuacji kobiet, które tak oburza konserwatystów, wynika wprost z niewygodnych statystyk, które jasno pokazują, że problem przemocy domowej ma związek z płcią. Ponadto w dokumencie wyróżniono formy przemocy dotyczące specyficznie kobiet, takie jak rytualne okaleczanie narządów.

Należy mieć na uwadze, że konwencja ma charakter umowy międzynarodowej, a zatem obejmuje szerokie spektrum problemów charakterystycznych dla różnych kultur. Nie można pominąć faktu, że kryzys migracyjny, z jakim boryka się Europa, niesie z sobą wielowymiarowe konsekwencje społeczne. W tym kontekście obrażanie się przez katolickich konserwatystów na zapisy chroniące ofiary przed przemocą podyktowaną motywami religijnymi nie tylko zakrawa na paranoję, ale stanowi wyraz fundamentalnego braku konsekwencji w głoszonych poglądach.

Ponadto warto zauważyć, że jakkolwiek kościół katolicki w swoim oficjalnym nauczaniu stoi na straży wartości humanitarnych, sprzeciwia się przemocy i wstawia się za ofiarami, postawy spotykane w skrajnie konserwatywnych środowiskach nierzadko stoją w sprzeczności ze stanowiskiem samej Stolicy Apostolskiej. Postulowanie kary śmierci, jawna niechęć wobec wspierania ubogich warstw społecznych, agresywnie prezentowane uprzedzenia rasowe, klasowe, a także te dotyczące osób o odmiennej orientacji seksualnej czy płci, to przykłady obrazujące postawy antychrześcijańskie, a jednak zbyt często kryjące się pod płaszczykiem tradycyjnej pobożności.

Nasuwa się pytanie: w jaki sposób zapis głoszący, że przemoc nie może być usprawiedliwiana tradycją, religią czy źle pojętym honorem, ma uderzać w chrześcijańskie wartości? W jaki sposób prosty przekaz, że kobieta nie jest gorsza od mężczyzny, ma uderzać w chrześcijańskie wartości? W jaki sposób zakaz dyskryminacji osób ze względu na płeć czy orientacje seksualną ma uderzać w chrześcijańskie wartości? To nie Chrystus, z upodobaniem koronowany przez katolików na króla Polski, rzucał kamieniami w kobietę przyprowadzoną przez religijnych fanatyków. To Chrystus był tym, który stanął w jej obronie.

Głęboki niepokój budzi zwłaszcza łudzące podobieństwo retoryki przyjętej przez polskich katolików odrzucających konwencję antyprzemocową do argumentacji palestyńskich islamskich radykałów, którzy sprzeciwiają się wprowadzeniu ustawy o ochronie rodziny. Wspomniana ustawa ma za zadanie ustalić minimalny wiek umożliwiający zawarcie małżeństwa, zaostrzyć kary dla sprawców oraz zapewnić należyte wsparcie ofiarom przemocy domowej ze strony policji. Islamscy uczeni przestrzegają, że przeprowadzenie tego rodzaju reformy prawnej naruszy prywatność rodziny i uderzy w relacje oparte na wybaczaniu i tolerancji. Brzmi znajomo?

Instytut Ordo Iuris opublikował raport, w którym ocenia konwencję stambulską jako poważne zagrożenie dla wartości rodzinnych. Pomijając przejawy zaciekłej krucjaty przeciwko „ideologii” gender, studiując publikację instytutu odnaleźć można interesujące wskazania. Autorzy, odrzucając całkowicie aspekt dyskryminacji kobiet jako czynnik sprzyjający postawom przemocowym, wskazują na realne, ich zdaniem, przyczyny agresywnych zachowań. Wśród nich wymieniają uzależnienia, rozpad struktur społecznych oraz powszechność przekazów oswajających z przemocą. Warto się przyjrzeć tym trzem wskazaniom.

Uzależnienia, które autorzy słusznie wiążą z obniżeniem samokontroli, istotnie stanowią czynnik ryzyka. Nadużywanie alkoholu czy narkotyków rzeczywiście może prowadzić do agresywnych zachowań. Z tym faktem wiąże się jednak inne ważne spostrzeżenie: tego rodzaju nałogi są w przeważającej części domeną mężczyzn. Dlaczego? Obserwacja ta nieuchronnie prowadzi po raz kolejny do ważnych analiz kulturowych i psychologicznych, tak konsekwentnie pomijanych przez konserwatystów.

Wyróżnienie kolejnej przyczyny jest nie tylko enigmatyczne, ale także nielogiczne. Po pierwsze: co oznacza rozpad struktur społecznych? Oczywiście chodzi tutaj przede wszystkim o rodziny, ale czy za rozpad należy uznać określone konsekwencje prawne, takie jak rozwody, czy też zanik emocjonalnych więzi spajających relacje? Jakkolwiek to drugie wyjaśnienie wydaje się bardziej adekwatne, wymaga ono dogłębnej analizy psychologicznej i zwrócenia uwagi na dobrostan poszczególnych członków rodziny, w tym także kobiet. Po drugie: wnioskowanie przyczynowo-skutkowe zostało w tym przypadku odwrócone. Zasadniczo to nie rozpad rodziny jest przyczyną przemocy, ale przemoc jest przyczyną rozpadu rodziny. W dłuższej perspektywie można oczywiście mówić o przenoszeniu szkodliwych schematów zachowań z pokolenia na pokolenie i w tym sensie pochodzenie z rozbitej rodziny może (choć wcale nie musi!) utrudniać budowanie zdrowych relacji, opartych na współpracy, nie zaś na dominacji i uległości. Tego rodzaju argumentacja także wymaga uwzględnienia szerszego kontekstu społecznego i analizy procesów socjalizacji.

Wreszcie krytyka obecnych w przestrzeni publicznej przekazów, które rozpowszechniają agresywne zachowania, wydaje się zasadna. Jak na ironię jest to jednak pogląd, który członkowie Ordo Iuris mogliby śmiało promować ramię w ramię ze znienawidzonymi feministkami. Nie tylko polega on na dostrzeżeniu roli kultury w wychowaniu, ale także wskazuje na jeden z istotnych przejawów tak zwanej toksycznej męskości.

Jeżeli raport kontrowersyjnej organizacji, jaką jest Ordo Iuris, miałby być bardziej wiarygodny niż raport Rzecznika Praw Obywatelskich zarówno dla rządu, jak i znaczącej części społeczeństwa, stawiałoby to nas w niebezpiecznym punkcie zwrotnym na kartach historii.

Niewiele czasu minęło odkąd rząd przyjął przełomową ustawę chroniącą ofiary przemocy domowej dzięki szybkiemu izolowaniu sprawców. Inicjatywa ta zjednoczyła w sejmie nawet najbardziej zaciekłych wrogów politycznych. Prawie wszyscy posłowie głosowali za przyjęciem ustawy… No właśnie, prawie. Politycy Konfederacji byli temu przeciwni. Skrajni konserwatyści powoływali się na zasadę domniemania niewinności oraz zagrożenie fałszywymi zeznaniami. Ich zdaniem nowa ustawa dyskryminuje mężczyzn. Według jakiej logiki ochrona osobistej wolności oraz dobrego imienia jest ważniejsza od ochrony czyjegoś zdrowia i życia? Najwyraźniej według logiki podtrzymującej bezsensowną wojnę płci i stawiającej interesy mężczyzn ponad dobrem kobiet i dzieci.

Po ostatnich przedwyborczych bataliach nasuwa się podejrzenie czy wypowiedzenie konwencji antyprzemocowej nie jest kolejnym ukłonem w stronę elektoratu rosnącej w siłę konserwatywnej frakcji politycznej. Co prawda już po wyborach, ale może się okazać, że część polityków wyciągnęła z nich konkretne wnioski o potencjalnie długofalowych konsekwencjach. Oby w tej grze walka z ludzką krzywdą nie stała się kartą spisaną na straty.

https://www.rpo.gov.pl/pl/content/pytania-i-odpowiedzi-konwencja-stambulska-raport-rpo-dla-grevio

https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/raport-ordo-iuris-na-temat-konwencji-rady-europy-o-zapobieganiu-i

https://www.rp.pl/Rzad-PiS/200719401-Minister-rodziny-Marlena-Malag-Przygotowujemy-sie-do-wypowiedzenia-konwencji-stambulskiej.html?fbclid=IwAR0epmOoEjDE0Ifl_qCZAkMY9cnzEke9–vq_TQoN_4EVNAdhWnExrZn1SQ

https://pl.gatestoneinstitute.org/16247/palestynczycy-prawo-ochronie-rodziny?fbclid=IwAR3NGoElYruPvYBZqWnzYYsJRRGirM4MxG_5t2ARgxzF8s6M4Cb_axjzmmI

https://www.gov.pl/web/sprawiedliwosc/przelomowa-ustawa-chroniaca-ofiary-przemocy-domowej-przyjeta-przez-rzad

(Po)wołanie matek

Czy istnieje instynkt macierzyński? Chociaż coraz częściej wskazuje się, że nie ma prostej odpowiedzi na zadane pytanie, pojęcie to funkcjonuje w powszechnym użyciu. W pokoleniu młodych dorosłych wciąż pokutuje przekonanie, że niezwykły program wpisany w naturę każdej kobiety niechybnie uruchamiany jest na pewnym etapie życia. Łagodniejsza wersja tego poglądu zakłada, że nawet jeśli wspomniany instynkt nie pojawia się u każdej kobiety, to już z pewnością zostaje aktywowany w przypadku ciąży i kontaktu z noworodkiem.

Ta silna wiara w powołanie każdej kobiety do macierzyństwa może zostać łatwo zachwiana przez konfrontację z doświadczeniami matek, których osobiste przeżycia związane z opieką nad dzieckiem dalekie są od wzorcowych schematów. Co prawda tu i ówdzie pojawiają się artykuły na temat depresji poporodowej czy trudów rodzicielstwa, ale w praktyce frustracja wywołana niezaspokajaniem własnych potrzeb, poczucie utraty swobody czy nawet oziębłość emocjonalna wobec dziecka stanowią prywatną tragedię ukrywaną nawet przed najbliższymi.

Internetowe grupy wsparcia stanowią obecnie nową przestrzeń dla osób poszukujących możliwości podzielenia się trudnymi doświadczeniami związanymi z rodzicielstwem. Silne negatywne emocje będące w społeczeństwie tematem tabu znajdują wreszcie ujście w postaci anonimowych wpisów. Chwiejność emocjonalna, skrajne wycieńczenie i znudzenie powtarzalnością codziennych obowiązków to jedne z łagodniejszych opisywanych symptomów. Zdarza się, że kobiety żałują podjętej decyzji o macierzyństwie, której nie sposób już cofnąć. W skrajnych przypadkach pojawiają się myśli samobójcze.

Trudno się dziwić, że tego rodzaju doświadczenia są zazwyczaj udziałem matek, a ojcowie w tego typu grupach stanowią marginalną mniejszość. Nie wynika to bynajmniej z ich lepszej adaptacji w nowej sytuacji życiowej. Jak łatwo można się spodziewać, większa presja związana z opieką nad dzieckiem oraz „pilnowaniem domowego ogniska” spoczywa na kobiecie. Niejednokrotnie unikanie odpowiedzialności przez mężczyzn, którzy chętnie uciekają w wir pracy zawodowej lub w ramiona niezmaltretowanej jeszcze macierzyństwem kochanki, stanowią przysłowiowy gwóźdź to trumny dla porzuconych partnerek.

Dzielenie się przytoczonymi doświadczeniami być może nie byłoby możliwe bez rozwoju psychologii. Wzrost samoświadomości i znaczenia przypisywanego emocjom sprzyjają zwiększonej otwartości, choć swoboda w wyrażaniu osobistych przeżyć jest wciąż mocno ograniczona i nierzadko nie ma na nią miejsca nawet w małżeństwie.

Dość powszechne są komentarze głoszące, że przecież nasze babki miały znacznie ciężej, a nie narzekały. Często posądza się niespełnione matki o egoizm, twierdząc jednocześnie, że to feminizm niszczy w nich przyrodzone popędy. Intelektualne potrzeby kobiet sprowadzane są do skutków indywidualistycznej indoktrynacji. Wydaje się, że zagorzali konserwatyści upatrujący w macierzyństwie głównego, a być może jedynego powołania kobiet, gotowi są poświęcić osobiste szczęście połowy ludzkości dla rzekomego dobra społeczeństwa.

Czym jednak jest to społeczne dobro? Jaki miałby być cel nieustannego napędzania koła narodzin i śmierci, jeśli w tym szalonym pędzie brakowałoby miejsca na jakąkolwiek refleksję nad jakością życia?

Coraz częściej dostrzega się, że prawa kobiet związane z możliwościami w zakresie zdobywania wykształcenia, podejmowania pracy zawodowej czy udziału w szeroko rozumianym życiu społecznym, nie zdjęły z nich kulturowo narzuconych obowiązków idealnych pań domu, które dwoją się i troją, by zaspokoić potrzeby rodziny. Wiele żon i matek z rozgoryczeniem stwierdziło, że nowa rzeczywistość nie tylko nie przyniosła im upragnionej wolności, ale wręcz wtłoczyła je w podwójne role, jakim nie sposób sprostać.

Zdumiewająco rzadko pojawiają się sugestie, że nowe wyzwania, jakie pojawiły się w związku z emancypacją kobiet, wymagają nowych metod radzenia sobie z zaistniałymi trudnościami. Postulowanie regresywnych rozwiązań jest nie tyle obroną tradycyjnych wartości rodzinnych, co przejawem intelektualnej miernoty i świadectwem braku empatii wobec tych osób, które w starym systemie, porzuconym przecież nie bez powodu, były jawnie dyskryminowane.

Nie oznacza to bynajmniej, że należy odrzucić rozumowanie prospołeczne i zanegować wartość osobistego poświęcenia. Wręcz przeciwnie. Trzeba jednak mieć na uwadze, że tego rodzaju postawy powinny być dobrowolnymi aktami wynikającymi z więzi opartych na wzajemnym wsparciu.

Na szczęście coraz częściej mężczyźni aktywnie uczestniczą w życiu rodzinnym i przejmują na siebie coraz więcej prac domowych. Te dostrzegalne zmiany dają szansę na zrównoważony rozwój społeczny i sprzyjają wzajemnemu zrozumieniu małżonków, którzy wspierają się w partnerskiej relacji.

Powstaje jednak pytanie: czy wystarczy zaangażowanie obojga rodziców, których większość czasu pochłania praca zawodowa? Czy wystarczające jest wsparcie instytucjonalne w postaci żłobków i przedszkoli? Nie wszystkich stać na zatrudnienie opiekunki. Nie wszyscy też mają szansę na pomoc ze strony schorowanych już dziadków. Ci z rodziców, którzy poza sobą nawzajem nie mogą uzyskać żadnego dodatkowego wsparcia, mają niewielkie szanse na wygospodarowanie czasu dla siebie.

Podobno kiedyś dzieci wychowywała cała wioska. Być może paradoksalnie w obliczu zindywidualizowanej kultury istnieje potrzeba powrotu myślenia wspólnotowego. Trudno się dziwić, że pod naporem powszechnego krytycyzmu wobec błędów wychowawczych, oskarżeń o niedostatki emocjonalne i braku realnego wsparcia w trudach rodzicielstwa, osławiony instynkt macierzyński magicznie zanika.

Niewinny egoizm, czyli o cnotach dzieciństwa słów kilka

Dzisiaj z okazji Dnia Dziecka wpis okazjonalny. Tym razem będzie o aborcji ani świadomym rodzicielstwie, choć pewnie wiele można by na ten temat powiedzieć. Nie będzie też psychologicznych dywagacji o karmieniu wewnętrznego dziecka. Nie zabraknie za to kilku słów o najmłodszych i o tym jak ich postrzegamy.

Można odnieść wrażenie, że dzieci w szczególny sposób bywają idealizowane albo dewaluowane. W tym pierwszym przypadku nowe pokolenie stanowi nie tylko nadzieję ludzkości, ale ze względu na swój wiek odgrywa w społeczeństwie szczególną rolę. Milusińscy ogłaszają zgorzkniałym radość życia, na nowo kolorując poszarzały świat dorosłych. Zabieganym przypominają o wartościach, takich jak rodzina i przyjaźń, a rozczarowanym przywracają wiarę w marzenia. Ożywcza zieleń młodości wyrasta pomiędzy codziennymi obowiązkami, wskrzeszając radość z drobnych rzeczy. Dziecięca dociekliwość i kreatywność dawane są za wzór naukowcom i artystom. Wreszcie niewinność nieskalanych jeszcze złem tego świata umysłów stawiana jest na piedestale, który gorliwi opiekunowie pragną otoczyć kloszem. Dzieci ukazywane są dorosłym jako przykład w tak różnorodnych przekazach, jak Ewangelia czy oglądane w telewizji reklamy.

Na tym cukierkowym obrazie dzieciństwa pod szkiełkiem sceptyka znaleźć można jednak niejedną rysę. Obserwacje i wnioski teoretyków, takich jak Piaget czy Freud, bezlitośnie burzą sielankowe wyobrażenia. Pojawiają się głosy opisujące dzieci jako małe, egoistyczne kreatury, które bezlitośnie wykorzystują otoczenie dla własnych celów. Dopiero solidne wychowanie i szereg niekoniecznie przyjemnych konfrontacji z rzeczywistością są w stanie uczynić młodego człowieka znośnym, a być może nawet przydatnym dla społeczeństwa. Nazwanie kogoś dzieckiem lub stwierdzenie, że zachowuje się jak dziecko, prawie zawsze ma znaczenie pejoratywne.

Rzucająca się w oczy skrajność obu wizerunków dziecka zdaje się wynikać wprost z jednego z największych konfliktów dotyczących istoty człowieczeństwa, który naturze przeciwstawia kulturę, genom wychowanie, a strukturom biologicznym wpływ środowiska. Wiele dyskusji toczyło się wokół udziału tych elementów w kształtowaniu ludzkiej psychiki. Nietrudno zauważyć, że idealizacja dziecka wiąże się nieuchronnie z wiarą w dobro ludzkiej natury, która zostaje z czasem zepsuta przez złe doświadczenia i obserwację dorosłych. Z kolei przypisywanie dzieciom złych skłonności wskazuje na kulturę jako źródło moralności i porządku społecznego. Chociaż w obu przypadkach biologia i środowisko odgrywają swoją rolę, to ich znaczenie rozumiane jest zupełnie różnie.

Nietrudno wyciągnąć wniosek, że prawda pewnie jak zwykle leży gdzieś pośrodku. Nie ulega jednak wątpliwości, że rozwój człowieka przebiega od jednostki do społeczeństwa. Jeśli nie rozumie się jeszcze własnych potrzeb, trudno myśleć o cudzych. Chociaż w pewnym sensie dla dziecka bardziej interesujące jest eksplorowanie otoczenia niż własnej, nie w pełni jeszcze rozwiniętej psychiki, a nierzadko dorośli deklarują odkrywanie siebie samych na nowo, to jednak nie sposób poznawać tego, co znajduje się dalej, bez zaznajomienia się z tym, co jest blisko.

Co w takim razie oznacza bycie człowiekiem dorosłym? Wydaje się, że jeszcze lepszym wyznacznikiem dojrzałości niż umiejętność zadbania o własne potrzeby jest troska o potrzeby kogoś innego. Chociaż nie wszyscy w swoim życiu mają szansę doświadczyć trudów rodzicielstwa, to z dużym prawdopodobieństwem relacje z innymi ludźmi prędzej czy później stawiają przed tego rodzaju wymaganiami. W pewnym sensie można więc powiedzieć, że tym, czego dzieci mogą nauczyć dorosłych, jest właśnie dojrzałość.

Dlaczego zatem chrześcijaństwo, zorientowane na prospołeczne postawy, stawia dzieci za wzór dorosłym? Niewątpliwie cnotami, na jakie wskazuje przekaz biblijny, są pokora i zaufanie. W chrześcijańskiej analogii człowiek pozostaje z Bogiem w takiej relacji, jak dziecko z rodzicem. Czy jednak dla człowieka niewierzącego tego rodzaju wartości mogą okazać się jakkolwiek przydatne?

Istniejący kryzys pokazuje, że nie możemy być zdani tylko na siebie, a usilne próby uzyskania jak najpełniejszej kontroli nad sytuacją nie zawsze okazują się skuteczne. Psychologowie podkreślają, że zrównoważone relacje powinny być oparte na wzajemności. Przyjmowanie pomocy jest zatem nie mniej istotne niż jej okazywanie. Nawet bez wszechmocnego autorytetu warto zachować świadomość własnej niedoskonałości i doceniać więzi łączące nas z innymi ludźmi. Bez nich nigdy nie zdołalibyśmy dorosnąć.